To by�o zaraz po tym, jak wyszed� policjant... P�ne popo�udnie. Le�a�em sobie i czu�em si� coraz lepiej. I czu�em si� coraz lepiej z powodu, �e czuj� si� lepiej.
      Le�a�em i my�la�em o ryzyku zwi�zanym z �yciem w Amberze. Brand i ja zostali�my zranieni ulubion� rodzinn� broni�. Ciekawe, kto gorzej na tym wyszed�... Chyba on. Pchni�cie mog�o si�gn�� nerki, a i tak by� w nie najlepszym stanie.
      Dwa razy zd��y�em niepewnym krokiem przej�� przez pok�j i z powrotem, nim zjawi� si� urz�dnik z kancelarii Billa z dokumentami, kt�re mia�em podpisa�. Musia�em si� przekona�, na ile mnie sta�. To zawsze mo�e si� przyda�. Poniewa� moje rany goi�y si� kilka razy szybciej ni� rany innych ludzi w tym cieniu, uzna�em, �e zdo�am wsta� i troch� pospacerowa� tak, jak oni po up�ywie doby, mo�e dw�ch. Stwierdzi�em, �e jest to mo�liwe, cho� bolesne. Za pierwszym razem kr�ci�o mi si� w g�owie, za drugim troch� mniej. To ju� by�o co�. Le�a�em wi�c i czu�em si� coraz lepiej.
      Z dziesi�� razy tasowa�em Atuty, stawia�em pasjanse, po�r�d znajomych twarzy odczytywa�em wieloznaczne wr�by. I za ka�dym razem t�umi�em pragnienie, by wezwa� Randoma, opowiedzie� mu, co si� sta�o, wypyta� o nowe fakty. P�niej, powtarza�em sobie. Ka�da dodatkowa godzina ich snu to dwie i p� godziny dla ciebie. Ka�de dwie i p� godziny dla ciebie odpowiada sze�ciu czy siedmiu dla tutejszyeh �miertelnik�w. Czekaj. My�l. Regeneruj si�y.
      I zaraz po kolacji, gdy niebo pociemnia�o znowu, dozna�em wstrz�su. W�a�nie opowiedzia�em m�odemu, dobrze nakrochmalonemu przedstawicielowi policji stanowej wszystko, co mia�em zamiar powiedzie�. Nie wiem, czy mi uwierzy�, ale zachowywa� si� uprzejmie i nie zosta� d�ugo. Kilka chwil po jego wyj�ciu zacz�y si� dzia� r�ne rzeczy.
      Le��c tak i czuj�c si� coraz lepiej, czeka�em na doktora Baileya, by wpad� sprawdzi�, czy mog� ju� wsta�. Le�a�em i zestawia�em wszystko, co powiedzia� mi Bill, pr�buj�c po��czy� to z faktami, kt�re ju� zna�em i kt�rych si� domy�li�em...
      Kontakt! Kto� mnie wyprzedzi�. Kto� w Amberze okaza� si� rannym ptaszkiem.
      - Corwin!
      To by� Random, bardzo czym� podniecony.
      - Corwin! Wstawaj! Otw�rz! Brand odzyska� przytomno�� i pyta o ciebie!
      - Czy stuka�e� w drzwi, �eby mnie obudzi�?
      - Zgadza si�.
      - Jeste� sam?
      - Tak.
      - To dobrze. Nie ma mnie w �rodku. Po��czy�e� si� ze mn� w Cieniu.
      - Nie rozumiem.
      - Ja te� nie. Jestem ranny, ale wyjd� z tego. P�niej ci wszystko opowiem. M�w o Brandzie.
      - Ockn�� si� par� minut temu. Powiedzia� Gerardowi, �e natychmiast musi z tob� porozmawia�. Gerard zadzwoni� na s�u��cego i pos�a� go do twojego pokoju. Kiedy s�u��cy nie m�g� ci� dobudzi�, przyszed� do mnie, a ja odes�a�em go z powrotem do Gerarda z wiadomo�ci�, �e zaraz ci� przyprowadz�.
      - Rozumiem - przeci�gn��em si� i spr�bowa�em usi���. - Id� w jakie� miejsce, gdzie nikt ci� nie zobaczy. Przejd� do ciebie. B�dzie mi potrzebny jaki� szlafrok albo co� w tym rodzaju. Brakuje mi troch� ubrania.
      - Najlepiej b�dzie, je�li wr�c� do siebie.
      - Dobra. Ruszaj.
      - Wi�c za minut�.
      I cisza.
      Ostro�nie poruszy�em nogami. Usiad�em na kraw�dzi ��ka. Zebra�em Atuty i schowa�em je do futera�u. Uzna�em, �e w Amberze nale�y jako� ukry� moj� ran�. Nawet w normalnych czasach nie rozg�asza si� w�asnych s�abo�ci.
      Odetchn��em g��boko i wsta�em, przytrzymuj�c si� ramy ��ka. Trening okaza� si� op�acalny. Zacz��em oddycha� normalnie i rozprostowa�em palce. Ca�kiem nie�le, je�li tylko b�d� chodzi� powoli i nie wysila� si� ponad konieczne do zachowania pozory... Mo�e zdo�am poci�gn�� to przedstawienie do chwili, gdy naprawd� powr�c� mi si�y. Wtedy w�a�nie us�ysza�em kroki i w drzwiach stan�a mi�a piel�gniarka, �wie�a, symetryczna, r�ni�ca si� od p�atka �niegu g��wnie tym, �e one wszystkie s� do siebie podobne.
      - Prosz� wraca� do ��ka, panie Corey! Nie wolno panu jeszcze wstawa�!
      - Madam - powiedzia�em. - Jest absolutnie konieczne, bym wsta�. Musz� wyj��.
      - M�g� pan zadzwoni� po basen - o�wiadczy�a, wchodz�c do pokoju i ruszaj�c ku mnie.
      Zniech�cony, pokr�ci�em g�ow�, gdy raz jeszcze dotar�a do mnie obecno�� Randoma. Ciekawe, jak ta dziewczyna b�dzie opowiada� o tym zdarzeniu... i czy wspomni o moim pryzmatycznym powidoku, gdy si� wyatutuj�. Kolejny punkt w spisie legend, jakie za sob� zostawiam.
      - Sp�jrz na to z innej strony, moja droga - rzek�em. - Nasz zwi�zek by� od samego pocz�tku czysto fizyczny. Przyjd� inne... wiele innych. Adieu!
      Sk�oni�em si�, pos�a�em jej ca�usa i przeszed�em do Amberu, pozostawiaj�c j�, by chwyta�a t�cz�, gdy ja z�apa�em Randoma za rami� i zachwia�em si�.
      - Corwin! Co u diab�a...
      - Je�li krew jest cen� admiralskich szlif�w, to w�a�nie zda�em egzamin przed Izb� Morsk� - odpar�em. - Daj mi co� do ubrania.
      Okry� mnie d�ugim, ci�kim p�aszczem. Z wysi�kiem zapi��em klamr� pod szyj�.
      - Gotowe - oznajmi�em. - Prowad� mnie do niego. Wyprowadzi� mnie przez drzwi, na korytarz, do schod�w. Opiera�em si� na nim ca�ym ci�arem.
      - Tak �le z tob�? - zapyta�.
      - To n� - odpar�em, k�ad�c d�o� na ranie. - Kto� napad� na mnie noc� w moim pokoju.
      - Kto?
      - Na pewno nie ty, poniewa� w�a�nie si� z tob� po�egna�em. A Gerard by� na g�rze, w bibliotece, razem z Brandem. Odejmij was trzech od ca�ej reszty i mo�esz zacz�� zgadywa�. To najprostsza droga do rozwi�zania.
      - Julian - o�wiadczy�.
      - Owszem, wygl�da� na takiego brutala - przyzna�em. - Wczoraj Fiona pr�bowa�a mi go wystawi�, no i nie jest tajemnic�, �e nie nale�y do moich faworyt�w.
      - Corwinie, on znikn��. Wymkn�� si� noc�. S�u��cy, kt�ry przyszed� mnie obudzi�, powiedzia�, �e Julian wyjecha�. Co mo�na o tym s�dzi�?
      Dotarli�my do schod�w. Jedn� r�k� trzyma�em si� Randoma, drug� por�czy. Na pierwszym pode�cie zrobili�my przystanek i troch� odpocz��em.
      - Sam nie wiem - powiedzia�em. - Niedobrze jest przesadza� z domniemaniem niewinno�ci, ale czasem jeszcze gorzej zupe�nie je pomin��. Skoro uwa�a�, �e si� mnie pozby�, to by�by chyba w lepszej sytuacji, gdyby zamiast ucieka�, zosta� tu i odgrywa� zaskoczonego. To naprawd� wygl�da podejrzanie. Mam wra�enie, �e wyjecha� w obawie przed tym, co powie Brand, kiedy ju� dojdzie do siebie.
      - Ale ty prze�y�e�, Corwinie. Wyrwa�e� si� temu, kto ci� zaatakowa�, wi�c nie m�g� by� pewien, czy ci� za�atwi�. Gdybym to ja pr�bowa� zamachu, w tej chwili znajdowa�bym si� o wiele �wiat�w st�d.
      - Co� w tym jest - przyzna�em. - Tak, mo�e i masz racj�. Zostawmy na razie ten akademicki problem. Nikt nie powinien wiedzie�, �e jestem ranny.
      - Jak sobie �yczysz. Milczenie w Amberze jest lepsze ni� kareta.
      - Niby czemu?
      - Jest z�otem, mo�ci ksi���, jak kr�lewski poker.
      - Twoja b�yskotliwo�� ura�a poranione i zdrowe cz�ci cia�a, Randomie. Mo�e wykorzystasz j�, by odkry�, w jaki spos�b napastnik przedosta� si� do mojego pokoju.
      - Przej�ciem?
      - Blokuje si� od wewn�trz i ostatnio nie zostawiam go otwartego. A w drzwiach jest nowy zamek. Skomplikowany.
      - Wi�c dobrze. Wymy�li�em. Rozwi�zanie wymaga, by by� to kto� z rodziny.
      - M�w.
      - Kto� mia� ochot� poprawi� sobie samopoczucie i spr�bowa� Wzorca, �eby ci� zlikwidowa�. Zbieg� na d�, przeszed�, dokona� projekcji do twojego pokoju i zaatakowa�.
      - Doskona�y pomys�. Jedno si� tylko nie zgadza. Wyszli�my wszyscy mniej wi�cej w tym samym czasie. Napad zdarzy� si� ju� w chwil� p�niej. Nast�pi� natychmiast, gdy tylko wszed�em do sypialni. Nie wierz�, by kto� zd��y� zej�� do komory, nie m�wi�c ju� o pokonaniu Wzorca. Zamachowiec czeka� na mnie. Zatem, je�li to kto� z nas, dosta� si� do �rodka innymi metodami.
      - Wi�c otworzy� zamek, razem z jego komplikacjami i ca�� reszt�.
      - Mo�liwe - przyzna�em. Dotarli�my do kolejnego podestu i nie zatrzymuj�c si� szli�my dalej. - Odpoczniemy na zakr�cie, �ebym m�g� wej�� do biblioteki bez pomocy.
      - Jasne.
      Tak zrobili�my. Uspokoi�em oddech, owin��em si� p�aszczem, wyprostowa�em ramiona, po czym podszed�em do drzwi i zastuka�em.
      - Chwileczk�!
      G�os Gerarda. I kroki, zbli�aj�ce si� do drzwi...
      - Kto tam?
      - Corwin - odpowiedzia�em. - Jest ze mn� Random.
      Us�ysza�em, jak wo�a:
      - Randoma te� wpu�ci�?
      I ciche "nie" w odpowiedzi.
      Drzwi otworzy�y si�.
      - Tylko ty, Corwinie - oznajmi� Gerard.
      Przytakn��em.
      - P�niej - rzuci�em w stron� Randoma. Odpowiedzia� skinieniem i odszed� w stron�, z kt�rej przyszli�my.
      Przekroczy�em pr�g biblioteki.
      - Rozsu� p�aszcz, Corwinie - poleci� Gerard.
      - To niepotrzebne - odezwa� si� Brand. Spojrza�em w jego stron�. Siedzia� wsparty o stos poduszek i pokazywa� w u�miechu ��te z�by.
      - Przykro mi, ale nie jestem tak ufny jak Brand - oznajmi� Gerard. - I nie chc�, �eby moja praca posz�a na marne. Sprawd�my.
      - Powiedzia�em, �e to niepotrzebne - powt�rzy� Brand. - To nie on mnie zrani�.
      Gerard odwr�ci� si� gwa�townie.
      - Sk�d wiesz, �e to nie on? - zapyta�.
      - Bo wiem, kto to zrobi�, oczywi�cie. Nie b�d� durniem, Gerardzie. Nie wzywa�bym go, gdybym mia� powody si� l�ka�.
      - W chwili przeskoku by�e� nieprzytomny. Nie mo�esz wiedzie�.
      - Jeste� tego pewien?
      - No... to dlaczego mi nie powiedzia�e�?
      - Mia�em swoje powody, i to powa�ne. Chc� teraz porozmawia� z Corwinem sam na sam, Gerard spu�ci� g�ow�.
      - Mam nadziej�, �e wiesz, co robisz - mrukn�� i otworzy� drzwi. - B�d� w zasi�gu g�osu - doda� i zamkn�� je za sob�.
      Podszed�em bli�ej. Brand podni�s� r�k�, a ja u�cisn��em j�.
      - Ciesz� si�, �e uda�o ci si� wr�ci� - o�wiadczy�.
      - I vice versa - odpar�em. Przysun��em sobie krzes�o Gerarda i usi�owa�em nie przewr�ci� si� na nie.
      - Jak si� czujesz? - spyta�em.
      - Z jednej strony fatalnie. Z drugiej jednak lepiej, ni� w ci�gu ostatnich paru lat. Zale�y od punktu widzenia.
      - Jak wszystko.
      - Opr�cz Amberu.
      - Zgadza si� - westchn��em. - Nie by�em precyzyjny. Co si� z tob� sta�o, do diab�a?
      Wpatrywa� si� we mnie z uwag�. Obserwowa� moj� twarz, szuka� czego�. Czego? Chyba wiedzy. Albo, dok�adniej, ignorancji. Informacje negatywne s� trudniejsze do znalezienia, wi�c musia� my�le� szybko, i to od chwili, gdy odzyska� przytomno��. O ile go zna�em, interesowa� si� bardziej tym, czego nie wiem ni� tym, co wiem. Nie mia� zamiaru niczego mi m�wi�, je�li tylko zdo�a si� wykr�ci�. Chcia� ustali� to minimum informacji, jakim si� musi podzieli�, by uzyska� to, na czym mu zale�y. Nie odda dobrowolnie ani bita wi�cej. Taki w�a�nie by� i w oczywisty spos�b czego� chcia�. Chyba �e... W ostatnich latach bardziej ni� kiedykolwiek przedtem stara�em si� przekona� samego siebie, �e ludzie naprawd� mog� si� zmienia�, �e up�yw czasu nie tylko podkre�la to, czym ju� si� stali, ale �e mo�liwe s� zmiany jako�ciowe, wynikaj�ce z tego, czego dokonali, co zobaczyli, us�yszeli i odczuli. To przekonanie mo�e przynie�� pewne wytchnienie w takich czasach jak te, gdy nic si� nie udaje. �e nie wspomn� o umacnianiu mojej doczesnej filozofii. A Brand ocali� mi chyba �ycie i pami��, cho� nie wiem, z jakich powod�w.
      Doskona�e. Postanowi�em t�umaczy� w�tpliwo�ci na jego korzy��, jednak bez odkrywania plec�w. Niewielkie ust�pstwo, ruch wbrew prostej psychologii nastroj�w, rz�dz�cej zwykle otwarciami naszych rozgrywek.
      - Rzeczy nigdy nie s� takie, jakimi si� wydaj�, Corwinie - zacz��. - Tw�j dzisiejszy przyjaciel jutro stanie si� wrogiem, a...
      - Przesta� - przerwa�em mu. - Nadszed� czas wyk�adania kart na st�. Doceniam to, co zrobi� dla mnie Brandon Corey, i to ja wpad�em na pomys� tej sztuczki, z kt�rej skorzystali�my, �eby ci� znale�� i �ci�gn�� z powrotem.
      - Domy�lam si�, �e istnia�y wa�ne powody tego ponownego wybuchu braterskich uczu�, po tylu latach.
      - Mog� przypuszcza�, �e pomagaj�c mi te� mia�e� jakie� ukryte motywy.
      U�miechn�� si�, uni�s�, a potem opu�ci� r�k�.
      - Zatem albo jeste�my kwita, albo mamy w stosunku do siebie nawzajem d�ug wdzi�czno�ci, zale�y, jak na to spojrze�. Jak si� wydaje, potrzebujemy siebie w tej chwili, lepiej wi�c, by�my si� ogl�dali w mo�liwie korzystnym �wietle.
      - Grasz na zw�ok�, Brand. Pr�bujesz mnie wysondowa�. A tak�e psujesz efekt mojego ca�odziennego utwierdzania si� w idealizmie. Wyci�gn��e� mnie z ��ka, �eby mi co� powiedzie�. Nie kr�puj si�.
      - Ten sam stary Corwin... - powiedzia� ze �miechem. I nagle odwr�ci� wzrok. - Ale czy naprawd�? Zastanawiam si�... Jak my�lisz, zmieni�y ci� te lata w Cieniu? Gdy nie wiedzia�e�, kim naprawd� jeste�? Gdy by�e� cz�ci� czego� innego?
      - Mo�e - stwierdzi�em. - Nie wiem. Ale tak, chyba si� zmieni�em. Na pewno jestem bardziej nerwowy w kwestiach polityki rodzinnej.
      - M�wisz wprost, dzia�asz otwarcie, jeste� szczery? W ten spos�b tracisz po�ow� zabawy. Chocia�, taka nowo�� ma swoje zalety. Wytr�casz wszystkich z r�wnowagi... cofasz si�, gdy najmniej tego oczekuj�... Tak, to mo�e by� cenne. I od�wie�aj�ce. No, dobrze. Nie obawiaj si�. W tym miejscu ko�cz� si� rozmowy wst�pne. Dokonali�my wymiany wszystkich koniecznych uprzejmo�ci. Ods�oni� podstawy, osiod�am besti� Nierozs�dku i wyrw� spo�r�d m�tnych tajemnic najs�odsz� per�� sensu. Ale najpierw jedno pytanie, je�li pozwolisz. Czy nie masz przy sobie czego�, co nadawa�oby si� do palenia? Min�o wiele lat i t�skni� za jakim� obrzydliwym zielskiem, by uczci� powr�t do domu.
      Ju� chcia�em powiedzie�, �e nie mam, ale by�em pewien, �e zostawi�em na biurku jakie� papierosy. Nie mia�em ochoty na wysi�ek, ale...
      - Chwileczk�. - Wsta�em i przeszed�em przez sal� staraj�c si�, by moje ruchy wydawa�y si� swobodne, nie sztywne. Uda�em, �e to przypadkiem k�ad� r�k� na blacie biurka, a nie opieram si� na nim ca�ym ci�arem, przeszukuj�c le��ce tam drobiazgi. Jak tylko mog�em, odwraca�em si� plecami i kry�em ruchy szerokim p�aszczem.
      Znalaz�em pude�ko i wr�ci�em, jak przyszed�em, zatrzymuj�c si� przy kominku, by zapali� dwa papierosy. Brand nie spieszy� si� z odebraniem ode mnie swojego.
      - Chyba d�o� ci dr�y - zauwa�y�. - Co si� sta�o?
      - Za ostra by�a ta wczorajsza impreza - wyja�ni�em, siadaj�c na krze�le.
      - Nie pomy�la�em o tym. Ale wyobra�am sobie, co si� dzia�o. Naturalnie. Wszyscy razem, w jednym pokoju... Nieoczekiwany sukces operacji sprowadzenia mnie do domu... Rozpaczliwy atak kogo� bardzo nerwowego i bardzo przestraszonego... I jego po�owiczne zwyci�stwo. Jestem ranny i unieruchomiony, ale na jak d�ugo? Potem...
      - M�wi�e�, �e wiesz, kto to zrobi�. �artowa�e�?
      - A sk�d.
      - Wi�c kto?
      - Wszystko w swoim czasie, drogi bracie. W swoim czasie. Kolejno�� i porz�dek, czas i napi�cie - one s� najwa�niejsze w tej historii. Pozw�l mi w bezpiecznej retrospekcji smakowa� dramatyzm wydarze�. Widz� siebie przebitego sztyletem i wszystkich zebranych wok�. Och, c� bym da�, by by� �wiadkiem tej sceny! Czy potrafi�by� opisa� mi wyraz ka�dej twarzy?
      - Obawiam si�, �e twarze najmniej mnie wtedy interesowa�y.
      Wypu�ci� k��b dymu.
      - Cudownie - westchn��. - Nie szkodzi, widz� niemal te twarze. Wiesz, �e mam bujn� wyobra�ni�. Szok, zaskoczenie, zdumienie... zmieniaj�ce si� wolno w podejrzliwo�� i strach. Potem wyszli�cie wszyscy, jak si� dowiedzia�em, a Gerard, czu�a opiekunka, pozosta� tutaj - umilk�, wpatrzony w dym. Na chwil� znik� z jego g�osu ton ironii. - On jest jedyny przyzwoity mi�dzy nami.
      - I na mojej li�cie jest do�� wysoko - zgodzi�em si� z nim.
      - Zaopiekowa� si� mn�. I zawsze nas wszystkich pilnowa� - parskn��. - Sam szczerze m�wi�c, nie wiem, czemu si� przejmuje. My�la�em jednak, pobudzony przez twoje nie najlepsze samopoczucie, o tym, o czym przerwa�e� opowie��, by�my mogli om�wi� pewne sprawy. Musia�a si� odby� jeszcze jedna impreza i �a�uj�, �e nie by�em obecny. Wszystkie te emocje, podejrzenia, k�amstwa odbijaj�ce si� od siebie... i nikt nie chce powiedzie� "dobranoc" jako pierwszy. Po pewnym czasie sytuacja musia�a by� m�cz�ca. Ka�dy zachowywa� si� wzorowo i pilnowa� okazji, by oczerni� pozosta�ych. Pr�by zastraszenia winnego. Mo�e kilka kamieni ci�ni�tych w koz�y ofiarne. Ale, bior�c wszystko pod uwag�, niewiele naprawd� osi�gni�to. Mam racj�?
      Kiwn��em g�ow�. Podziwia�em spos�b dzia�ania jego m�zgu. Nie mia�em wyj�cia; musia�em mu pozwoli� si� wygada�.
      - Wiesz, �e masz - przyzna�em.
      Spojrza� na mnie czujnie, po czym kontynuowa�.
      - Ale ka�dy oddali� si� w ko�cu, by le�e� bezsennie w udr�ce niepokoju, albo na spotkanie ze wsp�lnikiem, by knu� spiski. Noc by�a pe�na sekret�w. Pochlebia mi, �e m�j powr�t do zdrowia zajmowa� wasze my�li. Naturalnie, cz�� go chcia�a, a cz�� wr�cz przeciwnie. A w samym �rodku ja zbiera�em si�y... nie, rozkwita�em, nie chc�c rozczarowa� w�asnych kibic�w. Gerard po�wi�ci� sporo czasu, uzupe�niaj�c moje wiadomo�ci o ostatnich wydarzeniach. Kiedy mia�em ju� dosy�, pos�a�em po ciebie.
      - Gdyby� przypadkiem nie zauwa�y�, to ju� tu jestem. O czym chcia�e� mi powiedzie�?
      - Cierpliwo�ci, bracie! Cierpliwo�ci! Pomy�l o latach sp�dzonych w Cieniu, gdy nie pami�ta�e� nawet o tym - zatoczy� kr�g d�oni�, w kt�rej trzyma� papierosa. - Pomy�l o czasie, gdy czeka�e�, dop�ki ci� nie odnalaz�em i nie spr�bowa�em ci pom�c. Z pewno�ci�, prawem kontrastu, te kilka chwili przy mnie nie wyda ci si� a� tak cenne.
      - Powiedziano mi, �e mnie szuka�e� - o�wiadczy�em. - Zdziwi�em si�, poniewa�, kiedy si� rozstawali�my, nasze stosunki nie by�y najlepsze.
      Pokiwa� g�ow�.
      - Trudno zaprzeczy� - przyzna�. - Ale takie konflikty zawsze w ko�cu mijaj�.
      Parskn��em.
      - My�la�em, ile powinienem ci powiedzie� i w co potrafisz uwierzy� - m�wi� dalej. - Nie s�dz�, by� przyj�� za dobr� monet� moje o�wiadczenie, �e poza kilkoma drobiazgami kieruj� si� wy��cznie motywami natury altruistycznej.
      Parskn��em znowu.
      - Ale taka jest prawda. Aby rozwia� twoje podejrzenia, dodam, �e nie mam wielkiego wyboru. Pocz�tek jest zawsze trudny. Od czegokolwiek bym zacz��, co� by�o wcze�niej. D�ugo ci� nie by�o. Gdybym jednak mia� wskaza� konkretn� rzecz, by�by ni� tron. W�a�nie. Powiedzia�em to. Zastanawiali�my si�, jak go zdoby�. Wszystko zacz�o si� zaraz po twoim znikni�ciu i - w pewien spos�b - wsta�o przez nie spowodowane.
      Tato podejrzewa�, �e to Eryk ci� zabi�. Nie mia� �adnych dowod�w, ale pracowali�my nad tym. Wiesz, jakie� s��wko tu czy tam, niezbyt cz�sto... Mija�y lata, a ty wci�� by�e� nieosi�galny, �adnymi �rodkami. Twoja �mier� wydawa�a si� coraz bardziej pewna. Eryk popada� w coraz wi�ksz� nie�ask�. Wreszcie, pewnego wieczoru, w rezultacie dyskusji, kt�ra zacz�a si� na jaki� ca�kiem neutralny temat - prawie wszyscy siedzieli�my wtedy przy stole - tato o�wiadczy�, �e �adne bratob�jstwo nie pomo�e w zdobyciu tronu. Patrzy� na Eryka. Wiesz, jak potrafi na kogo� spojrze�. Eryk poczerwienia� jak s�o�ce o zachodzie i przez d�u�sz� chwil� nie m�g� prze�kn��. Potem jednak tato poci�gn�� t� kwesti� dalej, ni� ktokolwiek si� spodziewa� czy pragn��. �eby by� z tob� szczery, nie wiem, czy m�wi� powa�nie, czy chcia� tylko da� uj�cie swym uczuciom. Ale stwierdzi�, �e by� ju� prawie zdecydowany, by wyznaczy� ciebie swoim nast�pc�, wi�c ka�de nieszcz�cie, jakie mog�o ci si� przytrafi�, traktuje jako osobist� zniewag�. Nie wspomina�by o tym, gdyby nie by� przekonany o twojej �mierci.
      Zbudowali�my wi�c memoria�, by trwale upami�tni� t� konkluzj�, i zadbali�my, aby nikt nie zapomnia� stosunku taty do Eryka. Uznali�my, �e po tobie w�a�nie Eryka trzeba obej��, by dotrze� do tronu.
      - My! Kim byli pozostali?
      - Cierpliwo�ci, Corwinie. Kolejno�� i porz�dek, czas i napi�cie, akcent i emfaza... S�uchaj - wyj�� drugiego papierosa, odpali� od niedopa�ka, machn�� w powietrzu roz�arzonym ko�cem. - Kolejny etap wymaga�, by�my pozbyli si� taty z Amberu. By�a to kluczowa i najbardziej ryzykowna cz�� planu. W tym punkcie nasze pogl�dy zacz�y si� r�ni�. Nie podoba� mi si� pomys� sojuszu z si�ami, kt�re nie w pe�ni rozumia�em, zw�aszcza takiego sojuszu, kt�ry dawa� im pewn� w�adz� nad nami. Wykorzystywanie cieni to jedna sprawa, ale pozwalanie im na wykorzystywanie siebie jest nierozs�dne, niezale�nie od okoliczno�ci. By�em przeciwny, ale wi�kszo�� zdecydowa�a inaczej - u�miechn�� si�. - Dwa do jednego. Tak, by�o nas troje. Zacz�li�my dzia�a�. Pu�apka zosta�a zastawiona i tato chwyci� przyn�t�...
      - Czy jeszcze �yje? - przerwa�em mu.
      - Nie wiem - wyzna�. - Wkr�tce potem musia�em si� zaj�� w�asnymi problemami. Jednak po znikni�ciu taty nast�pny ruch polega� na umocnieniu naszej pozycji i odczekaniu takiego czasu, by uznanie go za zmar�ego by�o odpowiednio umotywowane. Potrzebowali�my tylko poparcia jednej osoby: Juliana albo Caine'a, wszystko jedno kt�rego. Rozumiesz, Bleys wyruszy� ju� w Cie� i w�a�nie organizowa� siln� armi�...
      - Bleys! By� jednym z was?
      - Istotnie. Chcieli�my osadzi� go na tronie. Naturalnie z tak� ilo�ci� powi�za�, �e by�by to de Facto triumwirat. A wi�c, jak ju� m�wi�em, wyruszy� zbiera� �o�nierzy. Liczyli�my na bezkrwawy przewr�t, ale musieli�my by� przygotowani na wypadek, gdyby s�owa nie zdo�a�y zwyci�y�. Gdyby Julian otworzy� nam przej�cie l�dem lub Caine po falach, przerzuciliby�my armi� i w razie konieczno�ci zbrojnie zapewnili sobie zwyci�stwo. Niestety, wybra�em niew�a�ciwego cz�owieka. Wed�ug moich ocen, na polu korupcji Caine zdecydowanie przewy�sza� Juliana. Dlatego z nale�yt� ostro�no�ci� zacz��em go sondowa�. Z pocz�tku wydawa� si� ch�tny. Ale albo p�niej zmieni� zdanie, albo od samego pocz�tku umiej�tnie mnie oszukiwa�. Naturalnie, wol� wierzy� w t� pierwsz� teori�. W ka�dym razie doszed� do wniosku, �e wi�cej zyska popieraj�c konkurencyjnego pretendenta. Czyli Eryka. Wprawdzie wobec nastawienia taty jego szanse nieco spad�y, ale tato znikn��. Nasz plan dawa� Erykowi mo�liwo�� wyst�pienia w roli obro�cy tronu. Nieszcz�liwie dla nas, to stanowisko zbli�a�o go do samego tronu. By jeszcze bardziej zaciemni� sytuacj�, Julian popar� Caine'a i zaprzysi�g� wierno�� swych �o�nierzy Erykowi jako obro�cy. W ten spos�b powsta�o kolejne trio. Eryk z�o�y� publiczn� przysi�g�, �e b�dzie broni� tronu, i linie frontu zosta�y wykre�lone. Moja pozycja by�a w�wczas do�� k�opotliwa. Samotnie znosi�em ich wrogo��, poniewa� nie wiedzieli, kim s� moi wsp�lnicy. Nie mogli mnie uwi�zi� ani torturowa�, gdy� wyatutowano by mnie wprost z ich �ap. A gdyby mnie zabili, wiedzieli, �e nara�aj� si� na zemst� z niewiadomej strony. Przez pewien czas trwa� stan remisu. Dopilnowali jednak, bym nie m�g� dzia�a� przeciw nim bezpo�rednio, i obserwowali mnie dok�adnie. Powzi�li�my wi�c bardziej chytry plan. Znowu si� nie zgodzi�em i znowu przegra�em dwa do jednego. Postanowili�my wykorzysta� te same si�y, kt�rych u�yli�my, by pozby� si� taty. Tym razem w celu zdyskredytowania Eryka.
      Gdyby zadanie ochrony Amberu, kt�rego lekkomy�lnie si� podj��, okaza�o si� zbyt trudne i gdyby wtedy Bleys pojawi� si� na scenie i odpar� napastnik�w, zyska�by og�lne poparcie, przyjmuj�c na siebie rol� obro�cy. A po odpowiednio d�ugim czasie przyj��by tak�e - z poczucia obowi�zku i dla dobra Amberu - ofiarowany mu tron.
      - Pytanie - przerwa�em. - Co z Benedyktem? Wiem, �e wyjecha� i d�sa� si� w swoim Avalonie, ale gdyby co� naprawd� grozi�o Amberowi...
      - To prawda - pokiwa� g�ow�. - Dlatego w�a�nie cz�� naszego planu przewidywa�a stworzenie Benedyktowi serii w�asnych problem�w.
      Wspomnia�em piekielne amazonki, kt�re n�ka�y Avalon Benedykta. Wspomnia�em kikut jego prawego ramienia. Otworzy�em usta, by przem�wi�, lecz Brand uni�s� d�o�.
      - Pozw�l mi sko�czy� tak, jak to zaplanowa�em, Corwinie. Jestem �wiadomy twoich proces�w my�lowych, jak to okre�lasz. Czuj� b�l w twoim boku, bli�niaczy z moim b�lem. Tak, wiem to, i jeszcze o wiele wi�cej - jego oczy b�yszcza�y dziwnie, gdy bra� kolejnego papierosa, kt�ry sam si� zapali�. Wci�gn�� w p�uca dym i zacz�� m�wi�, wypuszczaj�c go ustami. - Po tej decyzji chcia�em si� wycofa�. Uzna�em, �e wi��e si� ze zbyt wielkim ryzykiem i zagra�a samemu Amberowi. Wycofa� si�... - przez chwil� wpatrywa� si� w smugi dymu. - Sprawy zasz�y zbyt daleko, bym m�g� zwyczajnie wsta� i wyj��. Musia�em wyst�pi� przeciwko nim, by broni� samego siebie, nie tylko Amberu. By�o za p�no, by przej�� na stron� Eryka. Nie zgodzi�by si� mnie chroni�, nawet gdyby m�g�... zreszt�, by�em pewien, �e przegra.
      Postanowi�em wtedy skorzysta� z pewnych informacji, jakie znalaz�y si� w moim posiadaniu. Cz�sto si� zastanawia�em nad dziwnymi stosunkami Flory i Eryka na tym cieniu - Ziemi, kt�ry podobno tak lubi�a. Podejrzewa�em, �e nie bez powodu interesuje si� tym miejscem i �e ona mo�e by� jego agentk�. Wprawdzie nie mog�em zbli�y� si� do niego na tyle, by si� czego� dowiedzie�, lecz by�em pewien, �e bez d�ugiego �ledztwa wykryj�, o co chodzi Florze. Tak te� si� sta�o. Potem nagle tempo wydarze� wzros�o. Moja grupa zacz�a si� interesowa� moimi poczynaniami. Potem, kiedy ci� znalaz�em i elektrowstrz�sami przywr�ci�em niekt�re wspomnienia, Flora zawiadomi�a Eryka, �e dzieje si� co� niedobrego. W rezultacie jedni i drudzy zacz�li mnie szuka�. Zdecydowa�em, �e tw�j powr�t rozbije wszelkie plany i wydostanie mnie ze �lepego zau�ka na czas dostatecznie d�ugi, bym zorganizowa� rozwi�zanie alternatywne. Pretensje Eryka zn�w zesz�yby na dalszy plan, ty mia�by� w�asnych stronnik�w, manewr mojej grupy sta�by si� bezcelowy.
      Zak�ada�em, �e nie okaza�by� niewdzi�czno�ci za to, czego dla ciebie dokona�em. Wtedy jednak uciek�e� z Portera i sprawy skomplikowa�y si� naprawd�. Wszyscy ci� szukali�my, cho� - jak si� p�niej dowiedzia�em - z najr�niejszych powod�w. Jednak moi dawni wsp�lnicy dysponowali pewn� przewag�: dowiedzieli si�, co si� dzieje, zlokalizowali ci� i dotarli na miejsce jako pierwsi. Istnia� bardzo prosty spos�b zachowania status quo. Bleys odda� te strza�y, dzi�ki kt�rym znalaz�e� si� razem z samochodem w jeziorze. Zjawi�em si� tam dok�adnie wtedy, gdy to nast�pi�o. On znikn�� niemal natychmiast, uznaj�c pewnie, �e zako�czy� spraw� ostatecznie. Wyci�gn��em ci� i stwierdzi�em, �e jest w tobie jeszcze do�� �ycia, by pr�bowa� ratunku. Czu�em si� wtedy do�� niepewnie, gdy� nie wiedzia�em, czy leczenie przynios�o jakie� efekty i czy ockniesz si� jako Corwin, czy Corey...
      Potem zreszt� te� mnie to m�czy�o... Kiedy zjawi�a si� pomoc, ruszy�em w piekielny rajd. Wsp�lnicy dopadli mnie jaki� czas p�niej i umie�cili tam, gdzie mnie znalaz�e�. Znasz dalszy ci�g?
      - Nie wszystko.
      - Wi�c przerwij, kiedy zaczn� m�wi� o tym, co ju� wiesz. Sam dowiedzia�em si� o wszystkim du�o p�niej. Grupa Eryka przenios�a ci� do prywatnej kliniki, gdzie mogli ci� obj�� ochron�. �eby si� zabezpieczy�, trzymali ci� na proszkach nasennych.
      - Czemu Eryk mia�by mnie chroni�? Zw�aszcza �e moja obecno�� mog�a pokrzy�owa� jego plany?
      - Ju� siedmioro z nas wiedzia�o, �e �yjesz. To zbyt wiele. By�o za p�no, by zrobi� to, na co mia�by ochot�. Wci�� usi�owa� sprawi�, by zapomniano o s�owach taty.
      Gdyby co� ci si� przytrafi�o, gdy by�e� ju� w jego w�adzy, straci�by szanse na obj�cie tronu. Gdyby Benedykt o tym us�ysza� albo Gerard... Nie, nic nie m�g� zrobi�. Potem, tak. Przedtem, nie. Jednak powszechna wiedza o twoim przetrwaniu przyspieszy�a koronacj� i zmusi�a, by ci� unieruchomi� a� do jej terminu.
      Przedwczesne posuni�cie, ale chyba nie mia� wyboru. Przypuszczam, �e wiesz, co si� zdarzy�o potem, gdy� zdarzy�o si� w�a�nie tobie.
      - Do��czy�em do Bleysa w chwili, gdy rusza� do akcji. Niezbyt szcz�liwie.
      Wzruszy� ramionami.
      - Mog�o by� inaczej... gdyby�cie zwyci�yli i gdyby� poradzi� sobie jako� z Bleysem. Chocia�, szczerze m�wi�c, nie mia�e� szans. Wprawdzie od tego momentu niezbyt pojmuj� ich motywacje, ale uwa�am, �e atak Bleysa by� tylko rodzajem pozoracji.
      - Po co?
      - Nie wiem. Ale pozycja Eryka by�a wtedy dok�adnie taka, jak� zaplanowali. Atak nie by� w�a�ciwie potrzebny. Potrz�sn��em g�ow�. Za du�o i za szybko... Wiele fakt�w robi�o wra�enie prawdziwych, gdyby pomin�� uprzedzenia narratora.
      - Sam nie wiem... - zacz��em.
      - To oczywiste - stwierdzi�. - Ale wyt�umacz� ci, je�li zapytasz.
      - Kto by� trzecim cz�onkiem waszej grupy?
      - Ta sama osoba, kt�ra pr�bowa�a mnie zabi�. Spr�bujesz zgadn��?
      - Powiedz.
      - Fiona. To wszystko by�o jej pomys�em.
      - Dlaczego nie powiedzia�e� od razu?
      - Bo wtedy nie usiedzia�by� spokojnie i nie wys�ucha� tego, co mia�em do powiedzenia. Pobieg�by�, by j� schwyta�, odkry�, �e znikn�a, obudzi� wszystkich, zacz�� �ledztwo i zmarnowa� mn�stwo cennego czasu. Nadal mo�esz to zrobi�, ale przynajmniej s�ucha�e� uwa�nie przez czas wystarczaj�cy, by ci� przekona�, �e wiem, o czym m�wi�. Kiedy teraz oznajmi�, �e czas jest decyduj�cy i �e musisz mnie wys�ucha� do ko�ca jak najszybciej, je�li Amber ma mie� jak�kolwiek szans�, mo�e zechcesz s�ucha�, zamiast �ciga� t� zwariowan� paniusi�.
      Zd��y�em ju� zerwa� si� z krzes�a.
      - Nie powinienem jej goni�? - spyta�em.
      - Do diab�a z ni�. Masz powa�niejsze problemy. Lepiej usi�d�.
      Tak te� zrobi�em.